Niemedyczne forum zdrowia
23-07-2019, 20:05 *
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.
Czy dotarł do Ciebie email aktywacyjny?

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
Aktualności: Czwarty tom "Zdrowia na własne życzenie" --> kliknij
 
   Strona główna   Pomoc Regulamin Szukaj Zaloguj się Rejestracja  
Strony: [1] 2 3   Do dołu
  Drukuj  
Autor Wątek: Wychodzenie z Chad  (Przeczytany 66761 razy)
Pszczółka
***


Offline Offline

Płeć: Kobieta
MO: maj-sierpień 2016; obecnie od stycznia 2017
Wiadomości: 24

« : 08-05-2015, 17:03 »

1. Wiek:
37
2. Rodzaj dolegliwości (problemy fizyczne i psychiczne):
Kontekst istotny dla dalszego opisu: Zawsze byłam raczej introwertykiem, ale lubię ludzi i ciągnie mnie do nich. Równocześnie zawsze się ich wstydziłam, chyba głównie z braku swobody w obcowaniu. Nie jest to jakieś paraliżujące, ale takie raczej dyskomfortowe. Dla spokoju często wolałam się trzymać z dala ale nadal byłam ciekawa i zazdrościłam tym co byli np. na imprezie z której sama zrezygnowałam. Poza tym czułam się zawsze dobrze w swoim towarzystwie, nigdy się sama ze sobą nie nudziłam. Liceum, studia – dobra uczennica, raczej lubiana przez ludzi, ale troszkę z boku, ogólnie wszystko w porządku. To teraz dopiero przyglądam się temu baczniej.
Dalej ślub, z mężem wszystko pięknie, ale od początku słabo walczyłam o swoje, narastały we mnie żale, które jakoś tam wyrażałam, ale mało asertywnie. On się nie domyślał skali problemu, a ja stanowczo byłam za głupia żeby od początku mądrze dbać o równowagę. Już wtedy narastała frustracja, której mechanizmu i skali nie rozumiałam. Problemy dotyczyły rzeczy codziennych (dom, sprzątanie, teściowie, klasyka), ale realnym problemem był brak skutecznej komunikacji.
Potem nastąpił punkt zwrotny, kiedy w to bagienko frustracji, beznadziei i niezrozumienia pojawiło się zauroczenie kimś innym. I Poszło! Praktycznie z dnia na dzień - zmieniłam męża, pracę i miasto. Bez wielkiego zastanawiania się, zupełnie nieracjonalnie.
Po kilku tygodniach świetny nastrój oczywiście padł i wtedy dopadła mnie prawdziwa, głęboka, niebezpieczna depresja. Tak trafiłam do Psychiatry1. Diagnoza – depresja, trzeba mnie podnieść, dostałam Seronil, ale za kilka miesięcy, jak się lepiej poczuję, miałam go stopniowo odstawić. Czułam się świetnie, udało mi się pogodzić z mężem, znaleźć przebojem fajną pracę. Ten Seronil musiał mi podbić nastój chyba za bardzo. Taka przebojowa jak wtedy nie byłam nigdy w życiu. Po 6 miesiącach Seronilu odstawiłam go stopniowo, zgodnie z zaleceniem Psychatry1.
Po kilku miesiącach od odstawienia Seronilu nastrój i samopoczucie znów zaczęły spadać, wtedy zorientowałam się że to mógł jednak nie być tylko pojedynczy epizod.
Psychiatra2 rozpoznaje chorobę afektywną dwubiegunową (Chad) bez żadnych szans na wyjście z niej, czyli życie na lekach na zawsze. Dostaję znów Seronil i jeszcze jeden syf (nie pamiętam teraz), biorę to znów przez pół roku. Potem ciąża, odstawiam leki z dnia na dzień, zapisuję się na terapię żeby mnie podtrzymała jakoś podczas ciąży. Hormony ciążowe na szczęście robią swoje, jest przyzwoicie. Po porodzie walka o karmienie piersią, przegrana, między innymi ze względu na kolejną depresję. Psychiatra 3: potwierdza CHad i zapisuje Lit oraz Alventę. Z jednoznaczną informacją, że lit to już do końca życia, a z Alventą „się zobaczy”. Dodam, że pierwsza zmiana psychiatry była podyktowana przeprowadzką do innego miasta, a druga, była wynikiem mozolnego poszukiwania wiarygodnego, sensownego lekarza, któremu można zaufać (jak wówczas naiwnie wierzyłam). Znów pół roku Litu i Alventy i druga ciąża, znów leki odstawione z dnia na dzień. Tym razem ciążę przeszłam świetnie, bez żadnej psychoterapii, a po porodzie grzecznie wróciłam do leków, już ze strachu przed depresją i głupotami które nawyrabiałam.
Od tego czasu jestem już 4 lata z Litem (3 tabl dziennie) i Alventą (4 tabl dziennie, ale ostatnio zeszłam stopniowo do 2).
I od pewnego czasu tak siebie analizuję… Kiedy to się zaczęło, czy te blokady w młodości to już nie było to… Co jest mną, a co chorobą… I w tym czasie trafiam na Bioslone. Teraz już wszystko wiem, o odżywianiu, toksynach, szczepionkach, przemyśle farmaceutycznym i lekarskim, poskładało mi się. Może jestem wycofana po prostu z natury a objawy psychiczne mam „uzasadnione”? A nie „endogenne” = niewyjaśnione? Ha. Dowiemy się ;-)

3. Historia choroby – stosowane leki, kuracje i zabiegi:
Poza w/w, w dzieciństwie leki i antybiotyki przeciętnie jak na tamte czasy, ani szczególnie dużo, ani też rodzice nie unikali. Karmiona byłam sztucznym mlekiem "bo bardziej treściwe", itp.

4. Sposób odżywiania się (w dzieciństwie, młodości i aktualnie), a także stosowane diety:
Odżywianie w dzieciństwie i młodości „typowo polskie” – ziemniaczki, kanapeczki, nabiał. Warzywa i owoce też. W młodości studenckiej – śmieciowe, zupki z paczki itp., plus kanapeczki oczywiście. Ogólnie dużo kanapeczek, zawsze niestety bardzo lubiłam wszystko co mączne
Dorosłe życie – lepiej, ale również z glutenem i nabiałem.
Od czasu poznania Biosłone – systematycznie poprawiam dietę, nie jem już glutenu i cukru. I przychodzi mi to bez większego problemu, o dziwo – kiedy mam 100% przekonanie jak to szkodzi.

5. Rodzaj wykonywanej pracy (ogólny opis, czy istnieją jakieś czynniki negatywnie wpływające na zdrowie):
Biurowa, trochę nudnawa, ale atrakcyjna towarzysko, wesoło, bez stresów. Obecnie dla mnie -idealna ;-)

6. Inne niekorzystne czynniki środowiskowe:
Wieloletni stres związany z problemami komunikacyjnymi z mężem. Dopiero teraz widzę tak wyraźnie, że to jest główny czynnik problemowy w moim życiu. Niestety, jestem w tej chwili tak spalona i zniszczona walką o to małżeństwo, że zaczęłam się poważnie obawiać o swoje zdrowie. I o to musze zadbać teraz w pierwszej kolejności, żeby wyjść z tego napędzającego się kręgu leków, choroby i stresu. Jak wzmocnię organizm, mam nadzieję że zyskam wówczas siły na kolejne, może tym razem skuteczne podejście do naprawy małżeństwa. A może wtedy to też nie będzie już takie trudne?

Plany:
Jestem typem człowieka, który musi najpierw gruntownie poznać, uwierzyć, przyswoić – i dopiero wtedy wdrażam w życie. Potrzebuję takiej kolejności dla własnej motywacji i tak zapewniam sobie że wytrwam w postanowieniach.
Właśnie osiągnęłam ten etap i jestem gotowa na odstawienie leków, wprowadzenie DP, MO i dalej ZZO.
Postanowiłam wyjść z CHad i zyskać zdrowie.

I tutaj bardzo potrzebuję Państwa pomocy.
Wiem, jak dramatycznie może przebiegać oczyszczanie. Mam świadomość że w moim przypadku niespodzianki może płatać mi własny mózg (aż mi ciarki przechodzą na myśl o artykule „Droga przez piekło”). Jak pisałam, póki co nie mogę liczyć zbytnio na wsparcie psychiczne ze strony męża. A jestem mamą 2 małych dzikusków, dla których jestem opoką w tym małżeńskim chaosie. Krótko mówiąc jestem im szalenie potrzebna - w miarę sprawna i na chodzie. No i właśnie: jak mam się zabrać za oczyszczanie, a konkretnie, czy powinnam najpierw odstawić leki (oczywiście wiem, że stopniowo), w jakiejś kolejności? Czy równocześnie z tym mogę wprowadzić DP1? A KB? Mikstura później? Chodzi o to, żeby to oczyszczanie przebiegało sensownie, ale możliwie powoli, spokojnie. Wiem że nie ma pewnie jednoznacznych odpowiedzi, ale Państwo macie tak wiele doświadczeń, że może ktoś coś podpowie?
Wszelkie inne sugestie oczywiście również pożądane, czasem nie ma nic lepszego jak strzał w łeb kiedy się błądzi ;-)



Zapisane
Shadow
*


Offline Offline

Płeć: Mężczyzna
Wiek: 29
MO: 23.02.2015
Wiedza:
Skąd: Wrocław/Radomsko
Wiadomości: 551

« Odpowiedz #1 : 08-05-2015, 18:32 »

Pszczółka,

DP wprowadź najlepiej od razu.

Nie jestem pewien co do odstawiania leków ale wszelkie te, których odstawienie nie zagraża Twojemu życiu możesz odstawić od razu. Szczególnie te od psychiatry. Przejdź na DP, spróbuj odstawić leki i obserwuj samopoczucie oraz organizm. Pamiętaj też, że wiele reakcji może być związanych z oczyszczaniem a nie odstawieniem leków np. pogorszenie samopoczucia, nastroju. Poczytaj o tym tutaj:
http://portal.bioslone.pl/oczyszczanie/reakcje-zwane-oczyszczaniem

MO zaczynaj powoli od najmniejszej dawki jeśli boisz się objawów oczyszczania. Gdy objawy oczyszczania będą silne, zmniejszaj dawkę lub przerwij stosowanie MO. Poniżej argumentacja:

http://portal.bioslone.pl/oczyszczanie/mikstura

"W niektórych przypadkach organizmowi wystarczy niewielkie wsparcie, by zdecydował się na przesilenie chorobowe, zmierzające do usunięcia przewlekłych stanów zapalnych oraz innych wewnętrznych patologicznych zaległości, co wiąże się z wystąpieniem ostrych objawów chorobowych. Aby tego uniknąć, stosowanie mikstury oczyszczającej należy rozpocząć od ¼ zalecanej dawki, a następnie co 3 tygodnie zwiększać tę ilość do ½, ¾ i w końcu do pełnej zalecanej dawki."

Polecam też przeczytać wiele innych artykułów, szczególnie tych związanych z oczyszczaniem oraz opisem DP a już najlepszą opcją jest nabycie książek. Znajdziesz w nich dużo sprawdzonych w praktyce informacji. Z doświadczenia wiem, że artykuły oraz książki trzeba przeczytać wiele razy aby o niczym nie zapomnieć i dobrze wszystko zrozumieć smile

Polecam poczytać te tematy, podniosą Cię na duchu i zmotywują:

http://forum.bioslone.pl/index.php?board=8.0

Głowa do góry, od teraz Twój stan zdrowia będzie się tylko poprawiał, choć droga może być długa i usiana wzlotami oraz upadkami.
« Ostatnia zmiana: 08-05-2015, 18:39 wysłane przez Shadow » Zapisane
Nieboraczek
*


Offline Offline

Płeć: Kobieta
Wiek: 41
MO: 07.07.2011- kwiecień 2012
Wiedza:
Wiadomości: 721

« Odpowiedz #2 : 08-05-2015, 19:00 »

Leki ostawić, ale stopniowo. Jeśli gwałtownie, radykalnie, ciężkie reakcje są. Nawet padaczkowe.
Zapisane

Pszczółka
***


Offline Offline

Płeć: Kobieta
MO: maj-sierpień 2016; obecnie od stycznia 2017
Wiadomości: 24

« Odpowiedz #3 : 10-05-2015, 22:31 »

Shadow, Nieboraczek, dziękuję za odzew. Teraz, jak czytam pierwszego posta, to widzę, że zabrakło najważniejszego - objawów. Skoro to ma być wątek również dla przyszłych potrzebujących - pozwólcie, że najpierw jeszcze uzupełnię co nieco.

Jak się czuję obecnie (podkreślam – byłam pod opieką psychiatry, jestem jeszcze na lekach, powinno być zupełnie dobrze)
*Ciągły „ścisk” w klatce piersiowej, taki nerwicowy. To jest jakoś bezpośrednio związane z niepokojem (czasem większy, czasem mniejszy, proporcjonalnie do tego ścisku). Pamiętam z moich 2 okresów „górki”, że wtedy zaskoczeniem było zniknięcie tego objawu, i w tym samym okresie mogłam góry przenosić.
*Życie z dnia na dzień, nie mam siły, ochoty i wiary na planowanie czegokolwiek, marzenia nie istnieją.
*Z powodu tego ścisku, mam chyba ograniczony oddech, bo często muszę głęboko westchnąć i ogólnie kwestia oddechu dość często jest przedmiotem myśli (że mi duszno, że mnie ubranie uciska, muszę się luźno ubierać żeby mieć swobodę tych częstych głębokich wdechów) i nie odbywa się mimowolnie i swobodnie. Spróbowałam kiedyś oddychania przeponowego, jak na szkole rodzenia - i widzę, że trochę to rozluźnia ten uścisk, czasowo. Czasem tak robię jak mnie za bardzo przytyka.
*Jestem emocjonalnie zamrożona, nic mnie szczególnie nie cieszy ani nie smuci. Poziom tego nie jest tragiczny, zdołałam się przyzwyczaić ale wiem że to nie jest normalne. Po prostu przyjęłam do wiadomości, że taka jest moja cena za ustabilizowane życie bez górek i dołków. To efekt litu, którego zadaniem jest właśnie „stabilizowanie” nastroju.
*Libido - zero, od lat, w żadnych okolicznościach nic się we mnie nie budzi.
*Bardzo rzadko odczuwam głód. Jeśli się zdarza, to w okresach kiedy spięcie trochę mi odpuszcza. Zdarza mi się zapominać o jedzeniu i piciu. Wtedy sygnałem alarmowym jest ból głowy, a to już jest krzyk rozpaczy organizmu.
*Stan umysłowy – waha się, w zależności od sytuacji małżeńskiej. Od otępienia i ograniczenia zdolności przyswajania, po stan średnio-akceptowalny. Ogólnie odpuściłam sobie książki, bo i tak nie kumam, czytam i nie przyswajam. Mało co mnie interesuje, żyję sobie obok. Teraz jedyne co mnie naprawdę interesuje to Biosłone, ta wiedza mnie jakoś budzi (ale wiem dlaczego - bo daje nadzieję i wiąże się też z dziećmi, którym to wdrożę jak tylko stanę na nogi).
*Równocześnie takie ciągłe niezdrowe pobudzenie, ale nie takie konstruktywne jak w manii, że wpada się na genialne pomysły. To jest destrukcyjne. Tak, jakbym miała energię z manii a chęci i możliwości z depresji. Przy tym ciągłe napięcie mięśni, bywają okresy, że mam na przykład przez 2 tygodnie napięte wszystkie mięśnie, nawet w czubkach palców. Ciągle czuję napięcie. Podobne do takiego wielkiego stresu np. przed maturą czy co tam kogo stresuje. Ale ciągiem! Miewam od tego zakwasy. No i co się z tym wiąże - nie występuje u mnie stan relaksu. Wcale. Organizm ciągle w gotowości nie wiadomo na co.
[Kiedy zaczęłam szczegółowo wypytywać Psychiatrę3 - co ja dokładnie mam, dowiedziałam się że to „spektrum choroby afektywnej dwubiegunowej”. Czyli? Mam wszystko równocześnie, niektóre objawy manii i niektóre depresji – wyobrażacie sobie? Nawet w książkach o depresji i manii (których trochę zaliczyłam) taka kategoria pojawia się bardzo rzadko i to raczej jak takie, wiecie, „inne” – worek do wrzucania objawów nie pasujących do wymyślonych opisów klasycznych wersji „choroby”. Nie pasują objawy do wytycznych? To masz spektrum. Piszę to z myślą o tym, że może trafi tu kiedyś ktoś z podobnym „rozpoznaniem” i zobaczy że jest nas więcej i ze to g… prawda co nam wmawiają „lekarze” psychiatrzy. Tak a propos, wszystkim polecam ten artykuł (http://nowadebata.pl/2013/01/20/narodziny-ideologii/), znaleziony w innym wątku tego forum – jak to psychiatria po trupach udowadnia teorię biologicznej, chemicznej genezy chorób psychicznych, bez ŻADNYCH naukowych dowodów. A ja głupia tak długo w to wierzyłam.]
*Wyjątek: Wszystkie opisane objawy, jakby to napisać… dotyczą mojej własnej części mojego życia. Natomiast jak dzieci wracają z przedszkola/szkoły, albo jesteśmy razem w weekendy, organizm jest w stanie wykrzesać z siebie szczerą radość, śmiech, entuzjazm do zabaw, zainteresowania najmniejszymi ich sprawami. Nadal jestem dobrą matką. Młodzi dają mi energię, ale tylko taką dotyczącą nich. Ale czuję, że tą siłę dostaję od organizmu na kredyt i gdzieś to w końcu trzaśnie. I pewnie będzie to choroba.

Oto zaś, czego zaznałam podczas "klasycznej" depresji, po pierwszym (powolnym) odstawieniu Seronilu. Tego się właśnie boję przy planowanym odstawieniu leków:
*Uczucie jakbym była pijana, dosłownie, takie oderwanie od rzeczywistości, jakbym była jakieś 5 cm nad ziemią. Ani przyjemne, ani nieprzyjemne, ale dla świadomego obserwatora wewnątrz - przerażające.
*Otępienie. Zdanie po zdaniu potrafiłam sama sobie zaprzeczyć i nie zauważałam tego. Bo mój mózg był w stanie się skupić na jednym zdaniu, uff, przerwa, teraz drugie, uff, przerwa. Myślenia przyczynowo-skutkowego nie było, koncentracja zero.
* Całe życie było dosłownie walką, odliczaniem zadania za zadaniem - do zaliczenia. Wstać z łóżka, o rety.  Umyć zęby, nie dam rady. Depresyjni wiedzą o czym mówię. I tak CAŁY CZAS. Jakby organizm ciągle musiał spinać wszystkie swoje siły na coś niezwykle wymagającego. Zadzwonić do mamy, uff.
*Miałam jeden moment napadu paniki, byłam sama w domu i dosłownie biegałam od okna do okna, ze strachu. Teraz wiem, że bałam się konkretnej rzeczy – pójścia do pracy na spotkanie które mnie przerastało.

Teraz, po wielu latach różnych (przeważnie głupich) zmagań, osiągnęłam pewien poziom samoświadomości, który pozwala wysnuć mi następujące hipotezy:
*Ogólnie, wszystkie moje epizody górkowo-dołkowe najdotkliwiej widoczne były właśnie w otępieniu bądź świeżości umysłowej. Mam wrażenie że nastrój był tylko pochodną tego. Psychiatrów te moje rozważania oczywiście nie interesowały.
*Pierwszy epizod „choroby” był wynikiem długotrwałego wewnętrznego konfliktu u młodej, nieświadomej siebie, głupiej osoby, która poleciała jak w dym tam, gdzie poczuła spokój (zmiana faceta była pogonią za spokojem – bo przy nim czułam się spokojna, żadne tam motyle w brzuchu).
*Potem zafundowałam sobie górkę po Seronilu. Tak jak pisałam w poprzednim poście – miałam ewidentną manię, ale od leku. Tak wpakowałam się w super-pracę, która okazała się później mnie przerastać.
*Stopniowe powracanie do siebie po tej górce odbywało się równocześnie z nabieraniem świadomości, że nie nadaję się do pracy „na świeczniku”, jak sądziłam będąc w górce. Do tego doszło poczucie winy że oszukałam poniekąd pracodawcę – a konkretnie koleżankę z którą razem pracowałam, no i chęć sprostania wyzwaniom ponad moje siły. Mój mózg zaczął się wyłączać. Stawałam się coraz bardziej otępiała.
*I od wtedy – zostałam pełnowymiarowym pacjentem, z ABSOLUTNĄ wiarą, że mój mózg jest chory, nie razi sobie z własnymi przemianami chemicznymi. Nawet mi to dawało ulgę, ze jest PRZYCZYNA i że to choroba, która ma swój numerek. To było takie trochę rozgrzeszające. Często mawiałam, że to jak nadciśnienie – jak masz, to bierzesz leki do końca życia i tyle. Jaka ja byłam głupiaaa!!!!!
*Do tego cały czas kanapeczki, makaroniki, pierożki. Dumnie twierdziłam, że obiady mogłyby dla mnie nie istnieć, mogę się żywić kanapkami. Doskonałe warunki do rozwoju grzybka, a jeśli usadowi się w jamie nosowej - idealnie daje moje objawy z początku tej historii i późniejsze też.

Podsumowując:
*Wszystkie moje jazdy miały PRZYCZYNĘ. Wszystkie. Nie brały się znikąd. Nie były błędem chemicznym mojego mózgu. Ludzie, nie dajcie sobie tego wmówić. Psychiatrzy, aby postawić mi diagnozę, pozwalającą na faszerowanie mnie psychotropami do końca życia, nie poświęcili mi tyle czasu ile Wy czytając ten wątek. Więc skąd mogli znać przyczyny? One  Z GÓRY ich nie interesowały.
*Byłam pacjentem, ale wyrwę się z tego.
*Mam prawdopodobnie grzybicę jamy nosowej (zdziwiłabym się gdyby nie),
*Mam też na pewno rozchwiany i zniszczony organizm z powodu stosowania psychotropów, z przerwami od 9 lat.
*Mam też niesprzyjającą sytuację rodzinną, ale to jest kaliber za który się zabiorę jak się wzmocnię. Teraz sytuacja jest chwilowo „przygaszona” i mam czas na zajęcie się sobą. [Odpowiadając na pytania które się pewnie pojawią: walczyłam o małżeństwo przez wiele lat i na wiele różnych sposobów i zostałam zmiażdżona. Ignorancją, głupotą, mądraliństwem, niedojrzałością. Uwierzcie, teraz nie nadaję się do tej walki, bo jedyne na co mam ochotę to wystawić walizki. Ale jak się wzmocnię, fizycznie i psychicznie – to może zobaczę sprawy w innym świetle i przeprowadzę konstruktywnie coś sensownego.]

Z Waszych podpowiedzi rysuje mi się taki plan:
Stopniowe odstawienie leków równocześnie z wprowadzeniem DP. I to wydaje się najsensowniejsze, przestać truć, zacząć odżywiać a potem wspomaganie oczyszczania MO itp.
Czyli to, czego się najbardziej boję - na sam początek... :-(

A może można by to trochę odwrócić, najpierw DP, MO a za jakiś czas, jak organizm się trochę wzmocni i wstępnie oczyści - dopiero odstawić leki?
Jak mówiłam na początku, nie zależy mi jakoś szczególnie na czasie, za to strasznie się boję żeby nie wypaść psychicznie "z obiegu" - a tego się obawiam jeśli teraz, na słabiaka - odstawię leki... A teraz oprócz całego spodziewanego bagażu psychicznego dojdzie jeszcze to, że dzieci będą się strasznie martwić widząc mnie w takim stanie. A udawanie przed nimi to byłby największy kamień na plecy. Mają 4 i 6 lat, wiec jeszcze przylepki, ale już rozumne ;-)
Co myślicie, błądzę? No, boję się, co tu kryć.

Shadow, dzięki za linki, czytam to wszystko już od dłuższego czasu, mam 3 książki przeryte wzdłuż i wszerz, mam też ambicję przeczytać całe forum (to prawie jak przeczytanie całego internetu haha).

Aha i jeszcze takie pytanie. Czy to możliwe że po 5 dniach od całkowitego odstawienia glutenu (po wcześniejszym istotnym ograniczeniu) organizm zareagował totalnym oczyszczaniem zatok? Od 2 dni leżę w łóżku ledwo żywa,  nie miałam tak z zatokami nigdy w życiu. To może być też od klimatyzacji, ale z nią znamy się od lat i nigdy tak na mnie nie zadziałała. To byłby dobry znak :-)
« Ostatnia zmiana: 10-05-2015, 23:28 wysłane przez Pszczółka » Zapisane
Kalina
*


Offline Offline

Płeć: Kobieta
MO: 08.03.2009
Wiedza:
Skąd: lubuskie
Wiadomości: 955

« Odpowiedz #4 : 11-05-2015, 08:18 »

Cytat
Czy to możliwe że po 5 dniach od całkowitego odstawienia glutenu (po wcześniejszym istotnym ograniczeniu) organizm zareagował totalnym oczyszczaniem zatok?

Myślę, że możliwe. Też, ograniczałam gluten(3 lata), ale dopiero jak całkowicie wykluczyłam, zaczęły się dziać drastyczne numery(u mnie w obrębie kręgosłupa).
 
W tamtym roku zaczynałam pisać testament msn-wink, dziś czuję się znacznie lepiej, czego Tobie również życzę.
Zapisane
Nieboraczek
*


Offline Offline

Płeć: Kobieta
Wiek: 41
MO: 07.07.2011- kwiecień 2012
Wiedza:
Wiadomości: 721

« Odpowiedz #5 : 11-05-2015, 12:57 »

Jesteś tak bardzo świadoma siebie, że łykanie leków przy tym, jest naprawdę bezpodstawne. W trakcie czytania, już miałam namyślone co Ci napisać, ale Ty sama w kolejnych zdaniach przeprowadziłaś analizę przyczyn swojego stanu. Jest wiele kobiet, chociaż mężczyźni też, mających takie objawy z takich powodów. Wszędzie jest podobnie: nieświadomość siebie, konflikt wewnętrzny, ciągłe poczucie zagrożenia, poczucie winy, niezgoda na sytuację, brak wsparcia, zadania i wyzwania ponad siły. Z matką też chyba masz nie najlepiej, skoro "uff zadzwonić". Jednak nie wszyscy to u siebie widzą i wiedzą. Sytuacja Twoja jest trudna, bo dzieci nie dadzą urlopu od kochania ich i zajmowania się nimi, abyś mogła zmienić w tym czasie sytuację, ale jesteś rozsądna i znajdziesz czas odpowiedni do tego. Ważne, że wiesz co, i jak zrobić.
Zapisane

Pszczółka
***


Offline Offline

Płeć: Kobieta
MO: maj-sierpień 2016; obecnie od stycznia 2017
Wiadomości: 24

« Odpowiedz #6 : 11-05-2015, 16:38 »

Dzięki za słowa otuchy Nieboraczku. Masz rację, teraz przejdę to wszystko inaczej bo już dużo wiem i znam siebie. Dobra, do boju :-)

1. Jak wstanę z łóżka po infekcji, powinnam być trochę wzmocniona, to od razu odstawię kolejną Alventę. Z ostatniego zmniejszenia dawki wiem, że trwało ok 3 miesięcy zanim organizm sobie z tym poradził.
2. Równocześnie wdrożę DP.
3. Potem odstawię ostatnią Alventę.
4. Na końcu wezmę się za lit, a tu może być gorzej - bo lit działa jeśli jest odpowiednie stężenie we krwi i tak dobiera się dawkę indywidualną. Zatem może być tak, że po odstawieniu 1 tabletki z 3 które biorę, od razu będzie efekt, jakbym odstawiła wszystkie na raz - bo stężenie we krwi spadnie poniżej dawki "terapeutycznej" (swoją drogą urocze to słowo używane w kontekście zamulacza który odbiera życie, jakby lit był moim przyjacielem - terapeutą). Mam nadzieję że wtedy będę już mocniejsza po kilku miesiącach DP i zmniejszeniu zatrucia Alventą.

Jeszcze raz dziękuję, będę donosić.
Zapisane
Udana
*


Offline Offline

Płeć: Kobieta
Wiek: 54
MO: 01.01.2014
Wiedza:
Skąd: Wrocław
Wiadomości: 1.220

« Odpowiedz #7 : 12-05-2015, 08:47 »

Pszczółka wygląda, że wiesz o czym piszesz. Ale uważaj z odstawianiem psychotropów, rób to obserwując siebie uważnie. Mam doświadczenie z mamą w tym zakresie i zeszliśmy do zera, ale po pół roku wróciliśmy na dawkę minimalną. Tu trzeba bardzo uważać i nie wszystko na raz.
Ale to Ty będziesz wiedzieć kiedy odstawiać. Trzymaj się.
Zapisane

Nawet najdalsza podróż zaczyna się od pierwszego kroku...
Pszczółka
***


Offline Offline

Płeć: Kobieta
MO: maj-sierpień 2016; obecnie od stycznia 2017
Wiadomości: 24

« Odpowiedz #8 : 12-05-2015, 10:07 »

Hej Udana, dziękuję za zainteresowanie. Czy mogłabyś mi napisać co brała Twoja mama, jak długo brała i ile, ile czasu trwało odstawianie i na jakiej dawce ostatecznie skończyliście?
U mnie, jak odstawiłam Seronil, pełnia objawów pokazała się też gdzieś po pół roku (ale to odstawianie trwało tylko ok miesiąca, tak kazał lekarz, ale teraz myślę że to było jednak zbyt gwałtownie).
Myślę, że ostatecznie zmniejszenie dawki to też sukces, jeśli nie można inaczej.
Zapisane
Udana
*


Offline Offline

Płeć: Kobieta
Wiek: 54
MO: 01.01.2014
Wiedza:
Skąd: Wrocław
Wiadomości: 1.220

« Odpowiedz #9 : 12-05-2015, 13:20 »

Moja mama brała Rispolept, najpierw rosnące dawki, ale i tak dość małe bo chyba doszła tylko do 3 mg. Potem schodziła około pół roku, by kolejne pół roku być na dawce 1mg. Potem było 0,5 mg, chyba 3 miesiące i odstawienie.
Ale po pół roku był nawrót choroby, lekki, ale jednak i znów powrót na dawkę 1mg. Potem znów zejście do 0,5 mg i tak zostało. Mama boi się odstawić do końca. Niektórych rzeczy nie przeskoczę. Odżywia się dobrze, bo kocha mięso, jajka i warzywa, a nie lubi pustych węglowodanów, pije olej lniany, bo tak zalecił psychiatra, ale Biosłonejczyka z Niej nie zrobię. smile
Zapisane

Nawet najdalsza podróż zaczyna się od pierwszego kroku...
Pszczółka
***


Offline Offline

Płeć: Kobieta
MO: maj-sierpień 2016; obecnie od stycznia 2017
Wiadomości: 24

« Odpowiedz #10 : 13-05-2015, 17:35 »

Udana, trochę się jej nie dziwię, że się boi. Bycie świadomym, że traci się kontakt z rzeczywistością jest torturą.
A propos oderwania od rzeczywistości, mnie właśnie dziś przypomniała się kolejna charakterystyczna rzecz, związana z dawkami Alventy (antydepresant z grupy SSRI).

Otóż biorę moje leki wszystkie na raz (wszystkie lity i wszystkie Alventy), inaczej nie dawałam rady tego ogarnąć. Nie udaje mi się utrzymać stałej pory ich brania, więc mam okresy że biorę rano, okresy że rozjedzie mi się i biorę po południu, oraz okresy że biorę wieczorem. Szczęśliwie nie wpływa mi to na spanie ani na nic. Staram się tylko trzymać jako takie odstępy pomiędzy dawkami, żeby sobie nie zrobić dwudniowej przerwy na przykład ;-)
Ale i takie rzeczy się zdarzały, np kiedy pani dochtórka niespodziewanie wyjechała sobie na urlop a mi się leki skończyły. Taka szara codzienność uzależnionych od leków.

No więc do rzeczy: zauważyłam, że kiedy okres "nieplanowanego niebrania" rozciąga się ponad dobę i w tym okresie przypadnie noc, to zawsze, zawsze mam:
- baaaardzo obfite pocenie się, leje się ze mnie. I to takie śmierdzące pocenie. W żadnych innych okolicznościach oprócz gorączki się nie pocę w nocy;
- charakterystyczne sny, baaardzo realistyczne, utrwalające się w pamięci. Pamiętam do teraz je wszystkie, z wszystkimi emocjami które im towarzyszyły - choć normalnie W OGÓLE nie pamiętam swoich snów, od kiedy pamiętam to zawsze mówiłam, że mi się nic nie śni. Ale również tematyka tych snów jest charakterystyczna. Są związane zawsze z ogromnymi emocjami (miłość, taka totalna, jak u Romea i Julii), nieskończonymi możliwościami (latanie, władza, zmienianie świata) lub właśnie świadomością tracenia kontaktu z rzeczywistością ludzką, i to jest zawsze świadomość taka rozpaczliwa. Coś ze mnie w nich wyłazi, jakaś prawda o mnie, czyż nie? Niech mi nie mówią że moja choroba to chemia chorego mózgu, wrr.

I dalej: W związku z tym, że zawsze brałam leki razem jedną garścią, nie wiedziałam, który z nich powoduje te nocne objawy. Teraz już wiem. Od czasu, kiedy powolutku zmniejszam ilości Alventy (od wielu miesięcy nad tym pracuję), te objawy zmniejszały się na sile, zdarzyło mi się nie wziąć nic przez 3 dni i objawy nocne były minimalne.

A tu dziś znów. 2 dni temu odstawiłam kolejną Alventę (z 2 do 1) i wróciły nocne objawy prawie z pełną mocą. Wnioskuję sobie z tego, że organizm na zmniejszanie dawki reaguje nie liniowo, proporcjonalnie do zmniejszania dawki, tylko skokowo, są jakieś granice, których przekroczenie wywołuje reakcję odstawienną.

No właśnie, bo do tego zmierzam – te nocne objawy są wg mnie reakcją odstawienną uzależnionego organizmu. Tak jakby te leki oprócz działania długofalowego na sprawy związane z nastrojem miały też swoje działanie doraźne, uzależniające. Bo dlaczego ta reakcja jest taka „natychmiastowa” jak u narkomana który nie weźmie swojej dawki? Przecież jak zaczyna się brać Alventę trzeba czekać tygodniami aż zacznie działać na nastrój, napęd itp.

A jeszcze z innej beczki, szukałam informacji o odstawianiu litu i trafiłam na taki kwiatek:
„Fenomen litu polega na tym, że od około 60 lat jest on lekiem pierwszego wyboru w profilaktyce ChAD, pomimo że nigdy nie był promowany przez żadną firmę farmaceutyczną, bowiem jako pierwiastek chemiczny, znajdujący się w skałach powulkanicznych, nie może być objęty patentem. Odkrycie dokładnych mechanizmów efektów terapeutycznych jonów litu może przyczynić się do zrozumienia przyczyn i patomechanizmów leżących u podłoża chorób afektywnych.” [Źródło: Rozprawa doktorska, Maria Abramowicz, Uniwersytet Medyczny im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu, tytuł: „Ocena wpływu długotrwałego podawania litu na czynność nerek u pacjentów z chorobą afektywną dwubiegunową”, Promotor: prof.dr hab. Janusz Rybakowski, Klinika Psychiatrii Dorosłych w Poznaniu, POZNAŃ 2014]

Sami psychiatrzy są zadziwieni, że psychiatrzy przepisują tyle litu, choć nikt tego nie sponsoruje. No FENOMEN.
« Ostatnia zmiana: 13-05-2015, 17:37 wysłane przez Nieboraczek » Zapisane
Nieboraczek
*


Offline Offline

Płeć: Kobieta
Wiek: 41
MO: 07.07.2011- kwiecień 2012
Wiedza:
Wiadomości: 721

« Odpowiedz #11 : 13-05-2015, 18:01 »

Nastaw sobie w telefonie przypomnienie albo alarm, na określoną godzinę brania leków.

Cytat
Przecież jak zaczyna się brać Alventę trzeba czekać tygodniami aż zacznie działać na nastrój, napęd itp

Uzależnienie od alkoholu działa przecież podobnie.
Zapisane

Pszczółka
***


Offline Offline

Płeć: Kobieta
MO: maj-sierpień 2016; obecnie od stycznia 2017
Wiadomości: 24

« Odpowiedz #12 : 13-05-2015, 19:38 »

Nastaw sobie w telefonie przypomnienie albo alarm, na określoną godzinę brania leków.
No wiem, wiem, cały czas staram się aby to było regularne, ale czasem nie wychodzi. A nawet, muszę przyznać, że od czasu jak to zrozumiałam i mnie to nie przeraża - to nawet trochę lubię te noce. W końcu czuję emocje ;-)
Zapisane
Pszczółka
***


Offline Offline

Płeć: Kobieta
MO: maj-sierpień 2016; obecnie od stycznia 2017
Wiadomości: 24

« Odpowiedz #13 : 07-10-2015, 13:36 »

Aktualizacja.

Od miesiąca biorę Alventę już tylko co drugi dzień. Nie da się podzielić jednej kapsułki na pół, więc biorę jedną drugi dzień.
Litu nadal biorę 3 sztuki, ale z powodu mojego (naturalnego, już zaakceptowanego) roztargnienia często zdarzało się, że brałam go tylko z Alventą, więc również co dwa dni. Wiem, że to bez sensu, ale tak się dzieje. I co ciekawe - nie dzieje się na razie nic z rzeczy których się obawiałam. A właśnie odstawienia litu boję się najbardziej.

Jest mi pod wszystkimi względami lepiej. Bystrzejszy umysł, czuję się bardziej "obudzona". Nastrój adekwatny do życiowej sytuacji, na pewno nie gorszy. W zasadzie lepszy, tak mówi mój zaprzyjaźniony obserwator z zewnątrz, którego czasem proszę o opinię.
Od kilku miesięcy jestem w końcu w stanie się czymś interesować, czytać ze zrozumieniem i syntetyzowac wiedzę w głowie. To jest dla mnie nowa jakość. Interesuję się więc tym, co pozwala mi lepiej zrozumieć siebie i świat wokół mnie.
Efekt? Jestem dużo spokojniejsza, bo więcej rozumiem. Wiedza mnie uspokaja. Wiem, dlaczego mój organizm zachowuje się tak a nie inaczej. Zaczynam też bardziej rozumieć moich bliskich. I co najważniejsze - akceptować rzeczy, które już rozumiem i wiem, że nie mogę ich zmienić.

Osiągam wewnętrzny spokój i jakąś tam mądrość właśnie dzięki odstawieniu leków. To nie choroba była moim problemem tylko leki które mnie otępiały. Niby wiedziałam to już wcześniej, ale teraz to czuję i widzę. Wiecie co, to jakbym dopiero zaczęła żyć. Fajne. Żeby nie było - problemy nadal są, bo kto ich nie ma. Ale to nie chemia ma sobie radzić z naszymi ludzkimi problemami, prawda?

Wczoraj właśnie trafiłam na fajny artykuł (właściwie dwa) na temat tak zwanej choroby afektywnej dwubiegunowej i bardzo naciąganego jej diagnozowania. Niby nic odkrywczego, ale fajnie zebrane w jedno. Nowe dla mnie jest to, że ten autor pisze, że lit działa otumaniająco na wszystkich, nie tylko na "chorych". A jakoś wryło mi się w głowę, jeszcze z czasów wiary w medycynę - że to jest właśnie argument na rzecz leków - że lit i psychotropy działają niby tak mądrze, że choremu pomogą, a na zdrowego nie zadziałają. Nic bardziej mylnego, jak się okazuje. Zwykły otępiacz, którego przepisują tony i nawet nie znają mechanizmu jego działania. Gorzej niż dopalacze ;-)
Niestety artykuł po angielsku.
http://www.behaviorismandmentalhealth.com/2009/09/06/bipolar-disorder-is-not-an-illness/
http://www.behaviorismandmentalhealth.com/2011/02/24/more-on-so-called-bipolar-disorder/
Jakby komuś bardzo zależało, mogę podjąć się amatorskiego tłumaczenia. Krucho z czasem u mnie więc oferta tylko dla naprawdę potrzebujących/zainteresowanych.

Ciąg dalszy nastąpi
Wasza Pszczółka :-)
Zapisane
Udana
*


Offline Offline

Płeć: Kobieta
Wiek: 54
MO: 01.01.2014
Wiedza:
Skąd: Wrocław
Wiadomości: 1.220

« Odpowiedz #14 : 07-10-2015, 13:55 »

Pszczółka, a jak z DP, MO stosujesz?
Zapisane

Nawet najdalsza podróż zaczyna się od pierwszego kroku...
Pszczółka
***


Offline Offline

Płeć: Kobieta
MO: maj-sierpień 2016; obecnie od stycznia 2017
Wiadomości: 24

« Odpowiedz #15 : 07-10-2015, 14:58 »

Hej Udana,
u mnie to się odbywa trochę od d... strony niestety. Postanowiłam rozdzielić w czasie odstawianie leków z wprowadzeniem oczyszczania i związanych z nim ewentualnych Herxów i innych reakcji. Przyczyny są 2:
1. Tak bardzo się bałam (i trochę nadal boję) efektów ubocznych podczas odstawiania leków, że nie chcę tego łączyć, po prostu tak czuję, że tak jest dla mnie lepiej. Za duże ryzyko przy dwójce dzieciaczków i niestabilnej sytuacji małżeńskiej.
2. Chcę poczuć na sobie - i wiedzieć - jak na mnie zadziała odstawienie leków. Bez mieszania innych wątków. Jest we mnie analityk i potrzebuję tej wiedzy i pewności co jest od czego. Dla siebie i do podzielenia się.

Za 2-3 miesiące ruszam z DP i MO pełną parą.

Tymczasem zrobiłam już pod to podwaliny teoretyczne - jestem absolutnie i bezwzględnie przekonana i zmotywowana i wiem, że przy tym stanie wiedzy nie zabraknie mi determinacji. Znam siebie i wiem, że najgorsze przemiany związane z przestawieniem się na inne myślenie już za mną. Przeprowadzę to. Mam wiedzę i motywację.
W międzyczasie w maju rzuciłam gluten i cukier całkowicie oraz od sierpnia "przełączyłam" dzieci na jedzenie bezglutenowe i bezcukrowe. Och jakie są cudownie inne od tego czasu! Razem ze mną rozpoczną również wkrótce MO. Jeszcze nie wiem jak z DP u 5 i 7 latka, ale do tego czasu doczytam :-)

Tak więc ja działam systemem, choć trochę dziwnym, zdaję sobie sprawę. Powoli ale bezwzględnie ;-)

Zapisane
Udana
*


Offline Offline

Płeć: Kobieta
Wiek: 54
MO: 01.01.2014
Wiedza:
Skąd: Wrocław
Wiadomości: 1.220

« Odpowiedz #16 : 07-10-2015, 15:51 »

Cytat
W międzyczasie w maju rzuciłam gluten
To jest bardzo dobra wiadomość.
Z MO rzeczywiście możesz poczekać, ale DP nie powinna Ci przeszkadzać, a wręcz pomoże.
Trzymam kciuki, by Ci starczyło determinacji i konsekwencji.
Zapisane

Nawet najdalsza podróż zaczyna się od pierwszego kroku...
Pszczółka
***


Offline Offline

Płeć: Kobieta
MO: maj-sierpień 2016; obecnie od stycznia 2017
Wiadomości: 24

« Odpowiedz #17 : 07-10-2015, 15:53 »

Dzięki :-)
Zapisane
Pszczółka
***


Offline Offline

Płeć: Kobieta
MO: maj-sierpień 2016; obecnie od stycznia 2017
Wiadomości: 24

« Odpowiedz #18 : 29-12-2015, 17:30 »

Aktualizacja.

Alventa
13 listopada wzięłam ostatnią Alventę (po bardzo powolnym zwiększaniu odstępu pomiędzy dawkami). Nadal brałam lit 3 sztuki co 2 dni. Po 2 tygodniach jak młotem – na przestrzeni 2 dni nasiliły mi się objawy, które dobrze znam. Otępienie, zmulenie umysłowe, myśli jakby grzęzły w błocie, tak wolno działał procesorek. Przy tym takie uczucie nieobecności, jakbym była trochę pijana. Próbowałam z tym walczyć myślami przez kilka dni, ale się pogarszało. Więc wzięłam „interwencyjnie” 1 Alventę. Pomogło, już następnego dnia wszystko wróciło do normy. Potem miałam następny regres, ale już po 3 tygodniach od tej interwencyjnej dawki (czyli okres się wydłuża). Te same objawy. Próbowałam sobie sama poradzić, miałam nadzieję że tak na spokojnie bez paniki (skoro wszystko rozumiem i wiem że nie mam się czego bać) poradzę sobie technikami wyciszenia, pozytywnymi myślami, wystawieniem się na przyjemne rzeczy itp. Nie pomogło, to była jakby reakcja fizjologiczna. Wzięłam 1 Alventę interwencyją. Pomoglo. I teraz minął od tego czasu tydzień i na razie jest dobrze.

LIT
Starałam się nie wprowadzać żadnych zmian z litem, dopóki nie uporam się z Alventą. Ale nie wyszło. Zła jestem za to na siebie, no ale trudno. W międzyczasie zapominałam o licie i regularność mi się rozjechała . Ale, co zauważyłam. Po kilkudniowej przerwie od litu pojawia się nerwowość, nadpobudliwość i takie wewnętrzne negatywne rozpieranie. Też znam doskonale te stany. Ale teraz po raz pierwszy mogłam zaobserwować je z osobna – co się dzieje po odstawieniu litu, a co po odstawieniu Alventy. Dla mnie to ważne, bo lepiej znając wroga jestem wobec niego odporniejsza. Po kilku dniach próby poradzenia sobie z nerwowością, wzięłam lit, pomogło. Ale również wzięłam „interwencyjnie” i teraz jestem w okresie brania tylko kiedy trzeba. Te okresy nerwowości i zmulenia na szczęście nie pokrywają się w czasie i wiem dzięki temu że Alventa ma związek z tymi otępieniami, a lit z nerwowością. A dokładniej – Alventa rozregulowała mi ośrodki związane z bystrością i tak się objawia odstawienie Alventy. A lit upośledził mi mechanizmy odpowiedzialne za stabilność nerwową – i brakiem tejże organizm odpowiada na zbyt szybkie odstawienie litu.
Zatem teraz powoli uczę się jak osiągnąć spokój wewnętrzny i bystrość bez leków. Żeby nie było – na lekach też ich nie miałam, miałam za to stan zastępczy – nihilistyczną pół-obecność ;-)

No ale najważniejsze jest: w moich objawach nie ma ani pół grama zakłóceń związanych z nastrojem. Więc jaka depresja, jaka mania? Pod tym względem jestem stabilna jak skała. A raczej – świadoma okresowych zakłóceń. Jeśli mam dołek - to wiem z jakiego powodu i wiem, że jest usprawiedliwiony. To samo z dobrym nastrojem: jest powód – jest radość. Całkiem normalne – prawda? Widzę, że zaczynam powoli odczuwać życie. Powoli.

Wiem, że trochę przynudzam z tym szczegółowym rozpisywaniem jakie objawy od czego – ale może kiedyś komuś to pomoże lepiej zrozumieć swoje objawy.

Z innej beczki.
Ostatnie wielkie oczyszczanie miałam w maju (zapalenie zatok). Teraz - w październiku/listopadzie przez 1,5 miesiąca miałam bardzo obfite spływanie wydzieliny z zatok po gardle. Było tego tak dużo, że od połykania tego miałam zgagę i mdłości. Potem minęło. Nie towarzyszyły temu żadne inne objawy. Obecnie 2gi tydzień zmagam się z infekcją, której towarzyszy obfite spływanie ropy z zatok. Tym razem z gorączką i objawami grypowymi. Dałam sobie na luz, wyrko, rosołki itp. Mam nadzieję że to z wdzięczności za odstawienie chemii organizm robi te zrywy oczyszczania i tym mi pomaga uporać się z ostawianiem leków.

Aha, w sytuacji życiowej nic się nie zmieniło, więc powody do depresji zasadniczo są, ale ujarzmione – zrozumiane. I samo to zrozumienie dużo mi daje. W zasadzie jest najważniejsze dla względnej odporności psychicznej. Cyborgiem nie jestem, jak mnie przeciąży to się poryczę, albo powrzeszczę na winowajcę.

I tak jak wcześniej pisałam - mój umysł w końcu jest w stanie cokolwiek przyswajać. A mój stan w końcu pozwala mi się czymś zainteresować. Więc (nadal i coraz bardziej) dużo czytam i uświadamiam się w wielu sprawach, co dodatkowo daje mi poczucie pewności tego co robię. Nie miałam tego poczucia nigdy wcześniej. Taka fajna spokojna świadomość że podejmuję dobre decyzje, niezależność od opinii innych, spokój. Bezcenne.

Plany:
Czekam aż się skończy okres doraźnego przyjmowania Alventy i litu, boję się zbyt szybko ogłosić sukces. Potem wdrożę DP MO, zakraplanie nosa alocitem i ssanie oleju. Nadal jestem bezglutenowa i bezcukrowa - tą rewolucję już mam za sobą i nowe żywienie weszło w standard nawet rodzinie (sukces!).

Ciąg dalszy nastąpi.
Zapisane
Udana
*


Offline Offline

Płeć: Kobieta
Wiek: 54
MO: 01.01.2014
Wiedza:
Skąd: Wrocław
Wiadomości: 1.220

« Odpowiedz #19 : 30-12-2015, 10:02 »

Cytat
Widzę, że zaczynam powoli odczuwać życie. Powoli.
Pszczółka to jest pocieszające. Czy Ty masz  jakieś wsparcie psychologiczne, czy sama jesteś w tym wszystkim?
Zapisane

Nawet najdalsza podróż zaczyna się od pierwszego kroku...
Strony: [1] 2 3   Do góry
  Drukuj  
 
Skocz do:  

Działa na MySQL Działa na PHP Powered by SMF 1.1.21 | SMF © 2006-2008, Simple Machines
Design by jpacs29 | Mapa strony
Prawidłowy XHTML 1.0! Prawidłowy CSS!